Bywały w moim życiu momenty, w których naprawdę wierzyłam, że nic już nie da się zrobić. Jakbym stała przed ścianą, której nie potrafię ani przeskoczyć, ani obejść. Najpierw próbowałam ją forsować, złościłam się i klnęłam pod nosem. Później już tylko trzymałam się problemu, jakby był jedynym punktem zaczepienia, choć czułam w środku narastający ciężar.
To uczucie bezradności potrafi być jak mgła, która przesłania wszystko. Nie widzisz już, gdzie zaczął się chaos, ani którędy prowadzi wyjście.
Czy ty też miewasz takie chwile?
Takie, w których pragniesz zmiany, a jednocześnie nie widzisz nawet najmniejszej szczeliny światła?
Z czasem zrozumiałam, że ta ściana, przed którą stałam, wcale nie była wrogiem. Ona była sygnałem i cichym, uporczywym wołaniem, że coś wymaga zauważenia.
W ścisku ciała, gonitwie myśli i napięciu nie ma szans, aby skupić się rozwiązaniu. Już to wiem. Dopiero kiedy przestałam się siłować, rozluźniłam swoje ciało, odpuściłam myśli nie wspierające i zaakceptowałam obecny stan, to usłyszałam to, czego wcześniej nie chciałam dopuścić do świadomości. Zaczęłam dostrzegać swoją obecną sytuację z zupełnie innej perspektywy, a to pozwoliło mi ruszyć, zamiast kręcić się w kółko.
Potrzeba zmiany nie jest porażką, jest początkiem nowych możliwości i sposobu działania, który przybliża mnie do celu, który chcę osiągnąć.
Może i w tobie dzisiaj jest taka ściana. Twarda, nieruchoma, pozornie nie do ruszenia. Jeśli tak, spróbuj zrobić coś, co kiedyś wydawało mi się niemożliwe. Zatrzymaj się. Oprzyj na niej dłonie, zamiast walić głową w mur. Zamiast walczyć, zapytaj siebie cicho: czego ta sytuacja naprawdę próbuje mnie nauczyć? Czego dziś najbardziej potrzebuję, żeby poczuć choć odrobinę ulgi? O czym mi to mówi? A później zrób dla siebie coś dobrego, zajmij się czymś co lubisz robić. Odpowiedź pojawi się szybciej, niż myślisz, a wraz z nią, nieodkryte dotąd możliwości.
