Przez długi czas patrzyłam na swoje potrzeby jak na dowód słabości, tak jakby fakt, że czegoś chcę i potrzebuję powodował we mnie poczucie, że coś ze mną nie tak. Patrzyłam na potrzeby jak na coś, co trzeba usprawiedliwić, wytłumaczyć, czasem nawet ukryć.
Z poziomu braku potrzeby są ciężkie i brzmią jak wołanie o ratunek, a co za tym idzie pojawia się lęk, że moja prośba może zostać odrzucona. Często towarzyszy temu wstyd, napięcie i to znane wielu kobietom pytanie w głowie: czy ja w ogóle mam prawo tego chcieć…
I wtedy bardzo łatwo wpaść w schemat, w którym własne potrzeby są umniejszane, odkładane na później, a w głowie brzęczy lista porównywania się z innymi.
Ale jest jeszcze inne miejsce z którego można popatrzeć na potrzeby. To miejsce mocy i sprawczości.
Z tego poziomu potrzeba nie jest krzykiem tylko informacją i sygnałem z wnętrza, który mówi: to jest dla mnie ważne i czas się tym zaopiekować.

W tym miejscu przestajesz patrzeć na siebie jak na kogoś, komu ciągle czegoś brakuje, a zaczynasz widzieć siebie jako kobietę, która ma wpływ i która potrafi zauważyć, co się w niej dzieje, która ma wybór i może podjąć decyzję, co chcę z tym zrobić.
Sprawczość nie polega jednak na tym, że wszystko zmieniasz od razu. Ona zaczyna się w chwili, w której przestajesz się sobie tłumaczyć z tego, co czujesz i przestajesz z nią walczyć z potrzebą, a zamiast tego ją uznajesz.
Kiedy patrzysz na swoje potrzeby z poziomu sprawczości, one przestają być problemem, a stają się kompasem. Nie prowadzą cię w stronę roszczeń, ale w stronę kontaktu ze sobą.
I bardzo często okazuje się, że to, czego naprawdę potrzebujesz, nie jest ani wielkie ani skomplikowane. Czasami to tylko chwila ciszy, wyznaczona granica, zgoda na zmęczenie lub prawda wypowiedziana na głos.
To jest właśnie moment w którym wcale nie jesteś twarda ani niewzruszona, lecz zaczynasz być w zgodzie ze sobą.
Prawdziwa siła nie rodzi się z braku, lecz z kontaktu ze sobą.


