blog

Kiedy Google Maps zmienia trasę, a Ty zaczynasz się uśmiechać

Od kilku dni siedzę sobie w swojej głowie z tematem upływającego czasu i zbliżających się kolejnych urodzin.

Dziś obudziłam się taka jak co dzień, a jednak z poczuciem subtelnej zmiany i powiewu bliżej nie określonej jeszcze inności.


Myślę, że jest to poczucie mojej wewnętrznej przemiany, przebytej drogi, wdzięczności w sercu i wreszcie zgody na siebie w pełni.

Dziś jako czterdziestoletnia kobieta chyba pierwszy raz w swoim życiu czuję się ze sobą naprawdę dobrze. Czuję swoją wartość i wiem, że przede mną kolejny lecz nowy etap życia i na samą myśl się uśmiecham.

Czy to oznacza, że wszystkie troski i wyzwania które stawia życie, od dziś mnie omijają? Absolutnie nie i mam tego świadomość, że przede mną tak jak do tej pory, będą dni pełne słońca i te w których robi się burzowo. Zmieniła się natomiast jedna rzecz – moje postrzeganie siebie i wewnętrzna zgoda na Los.
Co rozumiem przez słowo Los? Los, to w moim poczuciu siła wyższa i to na co, pomimo największych chęci czasami nie mam wpływu.

Lubię porównywać go do jazdy autem po autostradzie.
Miałam wiele momentów w swoim życiu, gdzie brylowało ego, a ja miałam poczucie, że wygrałam wszystkie losy na loterii i teraz to poradzę sobie ze wszystkim i to na moich zasadach, a w głowie dźwięczała nuta ” who run the world”. Gdy sobie myślę o tym etapie swojego życia, to chcę mi się głośno śmiać z siebie i swojej próżności.

Wracając do metafory autostrady i Losu. Wyobraź sobie, że wsiadasz w auto, odpalasz google maps I masz przed sobą cel i bezpośrednią drogę do niego, zero niespodzianek i wątpliwości. Jesteś w połowie drogi i nagle omijasz zjazd z autostrady, który prowadzi do twojego celu, a trasa na mapie zmienia się i wydłuża o dwadzieścia kilometrów, napotykasz roboty drogowe i nie masz jak zawrócić, więc zjeżdżasz kolejnym możliwym zjazdem. I tym kolejnym zjazdem, tymi robotami drogowymi, różnymi „przeszkadzajkami” i zmianą trasy jest właśnie dla mnie Los. To trasa, której nie jesteś w stanie ominąć chociaż bardzo byś się starała. Pomimo rzetelnych przygotowań, planów i znajomości drogi oraz celu – zmienia się po drodze kierunek jego osiągnięcia i czas. Kiedyś w takich sytuacjach złościłam się, i rezygnowałam z osiągnięcia swojego celu, tak po prostu, bo zmieniały się warunki i droga, więc albo całkowicie odpuszczałam, albo robiłam długie przerwy postojowe. Zgodnie z myślą „albo moje warunki, albo żadne „. Aż w końcu nauczyłam się pokory i schowałam ego w kieszeń, ale tak naprawdę. Od tej pory idę przez życie w zaufaniu i lekkości. Brzmi banalnie ? Być może, ale mi to pasuje 🙂

Dziś właśnie, mimowolnie przewijając taśmę minionych lat, wspomnień i doświadczeń widzę i czuję, jak bardzo pomimo trudności różne drogi i objazdy mnie ukształtowały, a ja pomimo to, wykonywałam swoją być może mozolną lecz niesamowicie dobrą i dziś już satysfakcjonującą dla mnie pracę.

Dziś częściej niż autostradami, podróżuję już mentalnie samolotem, bo nauczyłam się nawigować i umiejętnie sobą zarządzać.

Dziś czuję się kompletna i spełniona jako kobieta i czuję radość na kolejną dekadę swojego życia, bo wiem, że życie ma mi jeszcze wiele do zaoferowania.

I z wzajemnością 😉

blog

Spojrzenie na swoje potrzeby nie z poziomu braku, a z poziomu sprawczości

Przez długi czas patrzyłam na swoje potrzeby jak na dowód słabości, tak jakby fakt, że czegoś chcę i potrzebuję powodował we mnie poczucie, że coś ze mną nie tak. Patrzyłam na potrzeby jak na coś, co trzeba usprawiedliwić, wytłumaczyć, czasem nawet ukryć.

Z poziomu braku potrzeby są ciężkie i brzmią jak wołanie o ratunek, a co za tym idzie pojawia się lęk, że moja prośba może zostać odrzucona. Często towarzyszy temu wstyd, napięcie i to znane wielu kobietom pytanie w głowie: czy ja w ogóle mam prawo tego chcieć…

I wtedy bardzo łatwo wpaść w schemat, w którym własne potrzeby są umniejszane, odkładane na później, a w głowie brzęczy lista porównywania się z innymi.

Ale jest jeszcze inne miejsce z którego można popatrzeć na potrzeby. To miejsce mocy i sprawczości.
Z tego poziomu potrzeba nie jest krzykiem tylko informacją i sygnałem z wnętrza, który mówi: to jest dla mnie ważne i czas się tym zaopiekować.

W tym miejscu przestajesz patrzeć na siebie jak na kogoś, komu ciągle czegoś brakuje, a zaczynasz widzieć siebie jako kobietę, która ma wpływ i która potrafi zauważyć, co się w niej dzieje, która ma wybór i może podjąć decyzję, co chcę z tym zrobić.

Sprawczość nie polega jednak na tym, że wszystko zmieniasz od razu. Ona zaczyna się w chwili, w której przestajesz się sobie tłumaczyć z tego, co czujesz i przestajesz z nią walczyć z potrzebą, a zamiast tego ją uznajesz.

Kiedy patrzysz na swoje potrzeby z poziomu sprawczości, one przestają być problemem, a stają się kompasem. Nie prowadzą cię w stronę roszczeń, ale w stronę kontaktu ze sobą.

I bardzo często okazuje się, że to, czego naprawdę potrzebujesz, nie jest ani wielkie ani skomplikowane. Czasami to tylko chwila ciszy, wyznaczona granica, zgoda na zmęczenie lub prawda wypowiedziana na głos.

To jest właśnie moment w którym wcale nie jesteś twarda ani niewzruszona, lecz zaczynasz być w zgodzie ze sobą.

Prawdziwa siła nie rodzi się z braku, lecz z kontaktu ze sobą.

blog

Wewnętrzny kompas

Każdy z nas ma swój wewnętrzny kompas, który prowadzi cię przez życie. Dopóki podążasz za nim, wszystko jest na swoim miejscu. Jest spójność, lekkość i poczucie, że jesteś u siebie. Wiem jednak, że przychodzą momenty, w których uwaga naturalnie przesuwa się z intuicyjnego środka na zewnątrz. Zaczynasz gubić własny rytm i oddajesz stery temu, co poza tobą.

Mam tu na myśli zewnętrzsterowność. Słuchanie innych zamiast siebie, podążanie za cudzymi potrzebami zamiast własnych. Znasz ten stan zadowalania ludzi, dopasowywania się, ważenia każdego słowa pod kątem tego, czy wypada, czy nie wypada? Jak często  zachowujesz  się w sposób który sprawia, że przestajesz żyć w zgodzie ze sobą, aby poczuć, spokój, akceptację i być może pozorne bezpieczeństwo?

Czasem mijają tak tygodnie, a nawet miesiące…aż w końcu zapominasz, jak to jest zrobić coś dla siebie bez oglądania się na innych. Bez pytania w myślach, czy mogę, czy już wolno, czy ktoś się nie obrazi. W ten sposób wewnętrzny kompas cichnie i traci swoją moc, bo go nie słuchasz.

Możesz pomyśleć, że to przesada albo absurd. A jednak żyje tak wiele kobiet, które niepostrzeżenie przełożyły cudzy komfort nad własną radość. Które nauczyły się być miłe, dzielne i ogarnięte kosztem siebie. I nawet nie zauważyły momentu, w którym zgubiły drogę do środka.

A wewnętrzny kompas wciąż tam jest. Nie znika, tylko czeka, aż znowu zwrócisz się w swoją stronę. Choćby na chwilę, choćby jednym małym wyborem, który będzie bardziej o tobie niż o oczekiwaniach świata.

Właśnie z takich momentów powstał program mentoringowy ” Od przepraszam do potrzebuję”. Bez naprawiania się i udowadniania czegokolwiek, za to z uważnością i zgodą na siebie.

To przestrzeń, w której wracasz do swojego wewnętrznego kompasu w swoim tempie i uczysz się słuchać przede wszystkim siebie, a nie tylko innych.

👉 Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej i poczuć, czy to jest twoje miejsce, zajrzyj tutaj:

https://facebook.com/events/s/porzuc-cudze-oczekiwania-i-pos/938872318464989/

Serdecznie zapraszam na wspólną podróż 🩷

Myśl na dziś.

Christmas Spirit, dzień przed Wigilią.

Od lat mam tak, że magia świąt przychodzi do mnie bardzo późno, bo dopiero dzień przed Wigilią. Większość grudnia, to dla mnie raczej bieg z przeszkodami niż czas radości. Listy prezentów, obowiązki i myśli, które krążą bez końca. Pytania w stylu, co jeszcze powinnam zrobić, jak się zachować, aby sprostać świątecznym oczekiwaniom i to najważniejsze… czy wystarczająco się staram. Miałaś kiedyś wrażenie, że bardziej realizujesz czyjeś oczekiwania niż swoje własne potrzeby?

Przez długi czas zastanawiałam się, co jest ze mną nie tak. Dlaczego nie cieszę się od pierwszych dni grudnia, tak jak robią to inni. Dlaczego nie błyszczą mi oczy na widok światełek, nie podskakuję po grudniową gwiazdkę z nieba, ani nie robię fikołków sypiąc świątecznym brokatem. Być może, ty też kiedyś pomyślałaś, że coś jest z tobą nie w porządku, skoro nie przeżywasz świąt „tak jak inni”. Jesli tak, to spieszę poinformować, że wszystko z Tobą w porządku 🙂

W tym roku coś się we mnie ułożyło i zrozumiałam, że każdy ma swój własny moment na poczucie świąt i najważniejsze, to pozwolić sobie i drugiej osobie na ten indywudualizm bez presji i stresu. U mnie magią świąt przychodzi wtedy, gdy zewnętrzny hałas zaczyna cichnąć, cała presja opada, a ja nie muszę już niczego udowadniać.


Zobaczyłam też, że mój dystans do grudniowego zgiełku nie jest brakiem wrażliwości. Po prostu nie rezonuję z marketingową presją, z komercyjnym pośpiechem i pustymi sloganami. One mnie męczą i wywołują poczucie winy, że jestem „za mało świąteczna”, „za mało przygotowana”, „nie dość zaangażowana”. A ja po prostu potrzebuję ciszy, żeby coś naprawdę poczuć.


Natomiast kocham święta. Kocham spędzać je z najbliższymi. Kocham tę radość, która nie krzyczy, tylko siada obok. U mnie to wszystko zaczyna się w przeddzień Wigilii, kiedy święta są już naprawdę blisko, a oczekiwania w końcu puszczają.
To, co kocham najbardziej, to ludzie. Ich historie, zmęczenie w oczach, drobne gesty, niewypowiedziane emocje. Być może ty też, tak jak ja bardziej niż idealną oprawę kochasz prawdziwe spotkania, uważne spojrzenie, czułe słowo i życzliwy uścisk, który mówi więcej niż najdroższy prezent. I właśnie dzięki temu, moje święta trwają cały rok, tyle że z mniejszą oprawą, niż w grudniu 🙂

W każdym człowieku potrafię dostrzec dobro. I właśnie to jest dla mnie istotą świąt. Nie perfekcja, ani idealny scenariusz. Tylko obecność, ta prawdziwa, ludzka taka.

I może właśnie dlatego moje święta zaczynają się wtedy, gdy kończy się cały zewnętrzny hałas, a zostaje to, co naprawdę ważne. A jak to jest u ciebie? Kiedy tak naprawdę zaczynają się twoje święta?

Myśl na dziś.

O przerwie, która nie jest rezygnacją,

W tym tygodniu uświadomiłam sobie, jak bardzo stęskniłam się za ciszą i zatrzymaniem. Za chwilami bez udziału w szkoleniach, warsztatach i pracy mentalno energetycznej.

Był czas, kiedy byłam głęboko zanurzona w wewnętrznej pracy. Dziś robię przerwę i biorę oddech, nie dlatego że się zmęczyłam tylko dlatego, że znam siebie i wiem kiedy potrzebuję przerwy, odpoczynku i zwykłego zatrzymania.

Nauczyłam się mówić samej sobie ” wystarczy”. Nie mówię tego z rezygnacji, czy złości, lecz z dbałości o siebie. To ten moment w którym ciało i dusza proszą o przestrzeń, a ja nauczyłam się ich słuchać.

Zauważyłam, że właśnie te pozorne odpuszczanie i przerwa, przynoszą mi najwięcej klarowności i spokoju, co do dalszego kierunku. A Ty? Czy potrafisz powiedzieć sobie z czułością i akceptacją, na dziś tyle wystarczy?

Myśl na dziś.

Moc słów

Odkąd pamiętam, słowa są dla mnie czymś więcej niż dźwiękiem czy zbiorem liter, gdyż niosą ze sobą zapis energii, intencję, kierunek. Słowa potrafią podnieść człowieka albo sprawić, że coś w nim opada. Mogą otworzyć przestrzeń lub ją zamknąć i dlatego lubię uważnie się im przyglądać, rozpakowywać i patrzeć co naprawdę niosą, nie tylko w treści, lecz przede wszystkim w jakości.

Niedawno wydarzyła się sytuacja, która przypomniała mi, jak ogromną moc mają słowa i jak subtelnie potrafią w nas pracować.

Wzięłam udział w warsztatach. Zwykła scena, niewymuszona atmosfera i nagle pada w moją stronę zdanie: „Tylko mów prawdę.”

Niby lekko, niby w kontekście, który miał być zabawny. A jednak te słowa uderzyły we mnie z siłą, której się nie spodziewałam.

Prawda jest jedną z najważniejszych wartości mojego życia. Nie traktuję jej jako deklaracji, tylko jako mój sposób na życie, czy to w relacjach, w pracy, w procesach i w mojej codzienności. Dlatego w jednej sekundzie poczułam, jak to niesamowicie ocenne zdanie z ust prowadzącej podważyło fundament na którym stoję i sprawiło, że zamiast się otworzyć, zamknęłam się na proces.

Wiem, że nawet jeśli żyję w prawdzie, to czasem emocje, przekonania, napięcie albo proces wewnętrzny przesłaniają tę głęboką klarowność i wtedy człowiek mówi z poziomu logiki i głowy, a nie z poziomu czucia i serca. I to jest jak najbardziej normalne. Pracując z drugim człowiekiem staram się być bardzo uważna na słowa, ale także na zasoby tej osoby w danym momencie.

W tej konkretnej sytuacji coś mnie zabolało i nie była to intencja prowadzącej, bo wierzę, że nie była krzywdząca ani celowa, lecz ukryta w tych słowach ocena. I właśnie to było dla mnie najważniejszym aspektem tego spotkania. Zobaczyłam, jak bardzo delikatną przestrzenią jest kontakt terapeuta – klient.
Jak odpowiedzialność za słowo w takich momentach jest ważna, jak istotna jest uważność na drugą osobę i jak łatwo jednym zdaniem dotknąć czegoś głębokiego, czegoś, co zasługuje właśnie na uznanie, a nie na lekki komentarz.

Ta sytuacja nie była „zła”. Ona była mi potrzebna. Pokazała mi, jak istotne jest, by trzymać przestrzeń tak, żeby druga osoba mogła czuć się bezpiecznie, zaopiekowana, i w pełnej akceptacji bez oceny, gdy stoi przede mną bez filtrów.

Dzięki tej sytuacji, zobaczyłam jak dojrzale reaguję dziś na to, co kiedyś wywołałoby we mnie lawinę niepewności, być może lęku. Dziś zamiast się bronić, zaczęłam słuchać siebie. Zamiast szukać winy, znalazłam w tym lekcję. Zamiast zamykać się i udawać, że nic się nie wydarzyło, stanęłam przy sobie, wyraziłam swoje zdanie i skonfrontowałam się ze sobą i tą sytuacją, stawiając granicę.

Słowa mają moc. Mogą nieść wsparcie lub niepokój, zachętę lub osąd.
I im głębiej jestem w swojej pracy, tym bardziej widzę, że każde wypowiedziane zdanie jest jak dotyk, który zostawia ślad.

Dlatego dzielę się tą historią. Nie po to, by oceniać, tylko, by przypominać sobie i światu, że uważność na słowo to forma szacunku. A w procesie, w którym człowiek otwiera serce, to jedna z najczystszych form troski. I jak to mam w zwyczaju mówić, nie ma przypadków, są tylko lekcje 😉